Moja siostra cioteczna ma córkę, jedynaczkę. Śliczną blondyneczkę z wielkimi niebieskimi oczami. Mała ma 5 lat i wszędzie jej pełno. Jak to mówią, żywe srebro. Bardzo kontaktowa, zawsze uśmiechnięta, ale ma swoje za uszami. Jeśli w okolicy jest jakieś suche drzewo obok którego lepiej nawet nie stawać, bo się złamie, to ona będzie siedzieć na jego czubku. Nigdy nie była złośliwa, tylko raczej ciekawa. A jej piękne spojrzenie w stylu kota ze Shreka potrafiło ją wybronić nawet z najgorszej opresji. Siostra wielokrotnie mówiła, że za zamkniętymi drzwiami mała zmienia się w małego diabła i jest nie do okiełznania, ale patrzyłam na to przez pryzmat standardowego narzekania matek. Do dnia mojego ślubu.

Ślub był w zeszłym roku w okresie największych upałów. Stoimy w kościele, ceremonia trwa, ze wszystkich spływają stróżki potu. Dzieci jak to zazwyczaj nudziły się i przechadzały/biegały po kościele, ale były cicho, więc niespecjalnie zwracałam na nie uwagę. Aż mój ukochany aniołek wpadł na genialny pomysł. Będzie biegać od drzwi kościoła do ołtarza i z powrotem. Ludzie zaczęli się oglądać, my jako państwo młodzi spadliśmy kompletnie na drugi plan, ja coraz bardziej czerwienieję z upału i ze złości i czekam na jakąkolwiek reakcję rodziców. Ale nic. Więc dziecko, jak to dziecko, przesuwa granicę.

Miałam długi tren i jeszcze dłuższy welon. Więc zaczęła zaglądać pod suknię. Najpierw tylko trochę, potem prawie mi weszła pod spódnicę. Zwróciłam jej uwagę, ale to nic nie dało. Zabrała mój bukiet i zaczęła się nim bawić. Po prostu biegała oskubując kwiatki. (Wg matki: chciała być druhenką).

Ale gwóźdź programu dopiero przed nami. W czasie przysięgi, gdy mieliśmy dłonie obwiązane stułą, zaczęła ją po prostu bezceremonialnie szarpać. Ja popłakałam się nie ze wzruszenia, tylko ze złości. Jakiekolwiek upomnienia kompletnie nie zdawały egzaminu. Ze stuły przerzuciła się na welon i wyrwała mi go z włosów, rujnując przy okazji fryzurę.

Mój brat nie wytrzymał i ją wyprowadził z kościoła. Rodzice dziecka wybiegli za nim. Do końca ceremonii słychać było krzyki z dworu. Siostra cioteczna się darła, że to jej sprawa jak wychowuje dziecko, mój brat uspokajał ją, dzieciak oczywiście w bek.

Ja też przepłakałam do końca mszy. Próbowałam się uspokoić, ale nie bardzo mi wyszło. Na zdjęciach z wychodzenia z kościoła widać głównie moją czerwoną zapłakaną twarz, fryzurę jakby piorun strzelił w marchewkę i smutne łodygi, które zostały z pięknych białych róż.

A jeżeli się zastanawiacie, czy matka jakkolwiek przeprosiła, to nie. Zamiast życzeń otrzymałam informację, że na weselu się nie pojawią, bo tłamszę im dziecko. I dobrze. Krzyż na drogę.

W ten sposób mój najpiękniejszy dzień zmienił się w piekło dzięki małemu aniołkowi. Niech szlag trafi wszystkich bezstresowych rodziców.

Ilość komentarzy dla tego wyznania 0
Dodał: LosowyGosc